9/01/2009


czuje w tym pewna sprzecznosc, i troche sie tego wstydze (dlatego piszac te slowa mam gleboko na glowe nasuniety kaptur i ciemne okulary), ale bedac pejzazysta, raczej rzadko maluje w plenerze. zazwyczaj wyruszajac w dzicz i krzaki zabieram ze soba tylko aparat fotograficzny do notowania pomyslow. nic w tym wlasciwie nadzwyczajnego. wygoda malowania w pracowni jest nieporownywalna z warunkami jakie oferuje w tym celu lesna laka. po co w takim razie fatygowac sie z ta sztaluga, paleta, farbami i calym ambarasem w dziewicze knieje, kiedy mozna malowac opierajac sie na zdjeciu, beztrosko w domu. problem w tym, ze przewaznie to co oko uznaje za dobry pretekst do poszukiwan w malarstwie, aparat zupelnie gubi i splaszcza. wiekszosci zjawisk kolorystycznych po prostu nie da sie uwiecznic na zdjeciu, a nawet jesli sie to uda, pozostaja jeszcze kwestie przestrzeni, proporcji itp. nie wspomnialem jeszcze nic o klimacie, chociaz moze wlasciwie powinienem od tego zaczac swoja argumentacje. malujac w plenerze czuje sie charakter portretowanego pejzazu, cos co w sztucznych warunkach pracownianych mozna sobie tylko wyobrazic. dosyc tych oczywistosci.
nie moge opisac tego bez charakterystyznej sobie fanfariady, ale dzisiaj pierwszy raz (!) w te wakacje, podjalem sie malowania pejzazu z natury. dzieci popakowaly ksiazki, zeszyty, kredki i poszly do szkoly, a ja spakowalem wszystkie przybory malarskie i pojechalem w glusze gor swietokrzyskich. po 2h chodzenia od drzewa do drzewa w poszukiwaniu motywu, ostatecznie namalowalem to co widac powyzej, a co na odleglym planie przedstawia gore barcze.