8/28/2009

byc moze nie wpisuje sie to w medialna misje mojego bloga, ale jako ze fenomen rzeczonego wydarzenia jest bezsprzeczny, postanowilem zrobic wyjatek i opisac je tutaj. oto moj radioglowy wojaz dookola kraju uwazam za zakonczony. nadszedl czas podsumowan, refleksji i wspomnien. zaluje, ale niestety swiezo po zakonczeniu koncertu nie moglem spiewac w jednym chorze z 40-to tysiecznym tlumem, jak to bylo cudownie, rozowo i najlepiej na swiecie. nie ma co ukrywac - nie czuje sie jak ryba w wodzie wsrod duzej grupy ludzi, a co dopiero na takich masowych spendach. nic nie poradze ze zalewa mnie gorycz, kiedy na wyczekiwanym przez pol roku koncercie najwazniejszego dla mnie zespolu, nie slysze glosu wokalisty, bo wokol mnie jest 40 tysiecy innych thomow yorke'ow. co gorsze, w paskudnej potrzebie zespolenia sie z masa, zaczynam spiewac i ja, co (uwzgledniajac fakt ze bozia nie dala mi talentu wokalnego) rani moje wlasne uszy. nagle orientuje sie, ze wszystko za co tak cenie radiohead, za klimat, ilustrowanie muzyka stanow i emocji oscylujacych raczej wokol samotnosci i skupieni nad jakims wewnetrzym "ja", ulatuje na rzecz rozrywki skakania w rytm migoczacych swiatelek. nie czuje zeby ludzie zebrani ciasno dookola przyjechali tu w tym samym celu co ja. moze tu blad nabycia biletu w 2gim sektorze, podczas kiedy prawdziwe przezywanie muzyki ma miejsce tylka pod sama scena. nie chce rozkoszujac sie dreszczem wywolanym pierwszymi dzwiekami idioteque widziec jak 4 osoby obok mnie wyjmuja aparaty i robia sobie szeroko usmiechniete zdjecia pt: "wrzuce potem na fejsbuka pokazac swiatu jak umiem sie bawic na radiohead". z drugiej strony, nie chce tez produkujac wlasnie lze wzruszenia spiewanymi przez thoma slowami i'll hit the bottom, hit the bottom and escape, ogladac sie na boki i widzec ze wszyscy w kolo sa od takiej samej lzy juz cali mokrzy.
na tym wlasnie polegaja koncerty, powie kazdy zdrowo myslacy czlowiek. zgadzam sie. dlatego wlasnie zazwyczaj ich unikam.
teraz w kazdym razie, kiedy coraz bardzej wszystkie te bolaczki wydaja mi sie byc zalosnymi roszczeniami zblazowanego malkontenta, zamykam oczy i widze niesamowita scenografie swietlna. slucham piosenek, i uderza mnie swiadomosc tego, ze dopiero kilkadzesiat godzin temu slyszalem je wykonywane na zywo. przez TYCH wlasnie ludzi. tak naprawde, z koncertu zapamietalem kilka uniesien dla ktorych warto bylo tluc sie pociagiem przez caly kraj, stac kilka godzin w tloku bez kropli wody. nawet zawod kiedy po zakonczeniu wystepu wiedzilem juz ze nie uslysze exit music, ani how to disappear completely, nie byl w stanie zatrzec tych wspomnien zachwytu.

8/22/2009


gdzie jest ta konsekwencja? teraz, kiedy juz wydawalo mi sie ze wiem w jakim kierunku chce prowadzic swoje malarstwo, i ze bedzie to wlasnie kierunek syntezy formy, nachodzi mnie ochota namalowania czegos realistycznego. gorzej, na ochocie sie nie konczy. no ale dobrze, powiedzmy ze trzeba najpierw poznac swojego wroga zanim sie go zwalczy. w mysl tej zasady pozwolilem sobie na kilka krokow (plamek) za daleko w kierunku odzwierciedlania widzialnej rzeczywistosci. tak przynajmniej mi sie wydaje i nie jestem bynajmniej z tego powodu jakos specjalnie dumny. ot, wakacyjna fanaberia. kolejna. obiecuje sobie juz niedlugo przejsc do rzeczy, ale poki co (!)
radiohead...

8/20/2009

8/19/2009

bez zbednych pompatycznych slow inauguracyjnych pisze pierwszy post na swoim blogu, ktory osobiscie wole okreslac notatnikiem czy szkicownikiem. chcialbym umieszczac tutaj wszystkie poczynania plastyczne. moze dzieki temu poczuje jakas ciaglosc i jednolitosci swojej szeroko i troche gornolotnie pojetej "tworczosci". chcialbym rowniez posciwiecic tu nieco uwagi temu, co robia w tym zakresie inni, co wg mnie po prostu na uwage zasluguje.
nic w calej idei przyswiecajacej temu blogowi oryginalnego, wiec chyba nie ma sensu rozpisywac sie szczegolnie o jego przyszlosci. mam w kazdym razie nadzieje, ze jakas przyszlosci go czeka, i nie zabraknie mi ochoty, aby tu zagladac.