12/30/2009

czesc druga i ostatnia zdjec ze stambulu. tym razem kolor.

12/12/2009

stanbul turcja grudzien 2009

ania, marta, tosia, natalia - dziekuje Wam.

w pierwszym rzucie troche czerni i bieli.

byc moze nie jest to juz obrazek pierwszej swiezosci, bo namalowalem go 3 tygodnie temu, ale z racji na moje niedawne wojaze nic nowszego nie powstalo. byc moze nie powinienem w ogole traktowac tego jako samodzielnego obrazu, bo poczatkowo mial byc tylko eksperymentem. chcialem sprawdzic na ile moge zsyntetyzowac pejzaz, zeby jednoczesnie nadal nim pozostal i nie stal sie czysto abstrakcyjna forma. eksperyment nie jest zakonczony, mysle ze kolejne prace beda jego poglebieniem.
prawde mowiac, ostatnio stwierdzilem ze swiat jest dla mnie troche zbyt skaplikowany, i zeby dalo sie w nim zyc, musze go jakos uproscic. zaczne od swojego malowania.

60x73, olej.

11/16/2009


mam wrazenie ze minela cala wiecznosc od czasu kiedy mialem na sztalugach taki format, a tymczasem ostatni raz malowalem w rozmiarach 100x100 zalednie kilka miesiecy temu. w pewnym momencie uswiadomilem sobie ze wlasciwie wszystko skadrowane w kwadracie o takim boku jest dla mnie atrakcyjne malarsko. od tej pory zdazalo mi sie niebezpiecznie przyzwyczajac do okreslonej kolorystyki, tematu czy sposobu malowania, ale jeszcze nigdy nie uzaleznilem sie od formatu obrazu. dlatego wlasnie w ramach odwyku od latwego kadrowania celowo unikalem kwadratow. pech chcial, ze 11 listopada kiedy zaczynalem malowac i nie moglem kupic innego podobrazia, jedyne czyste plotno jakie znalazlem w mieszkaniu to wlasnie pozostawione z 'kwadratowych' czasow 100x100. co by tu nie gadac, calkiem swojsko czuje sie w tych rozmiarach;] terapia odwykowa byla zwykla strata czasu.

jezeli cokolwiek zmienilo sie od moich ostatnich malarskich uniesien podniesionych do kwadratu, to chyba poczucie bardziej swiadomej organizacji powierzchni plotna i wieksza odpowiedzialnosc za poszczegulne pociagniecia pedzla. tyle w ramach glupkowatego samozachwytu chwile po skonczonym malowaniu. zaobaczymy czy jutro rano, kiedy juz rzuce swiezym okiem na to malowidlo, nie bedzie trzeba skasowac powyzszego postu.

100x100, olej.

10/30/2009



73x60cm.

10/21/2009

dosc dawno juz nie zaznaczalem w tym miejscu swojego istnienia. tak wiec istnieje, chociaz nie odbija sie to jakos specjalnie w mojej "tworczosci". duzo bardziej skupiam sie ostatnio na tym co robia inni, i zbieram inspiracje.
ten blog w swoim zalozeniu mial dotyczyc rowniez wszystkiego poza moim malowaniem, co uznam za warte wspomnienia. dlatego moze postawie wreszcie w tym egotycznym monologu jakis cudzyslow:
"There are no others, there is only us" - krotki film, ktory widzialem na wczorajszym koncercie Jacaszka. w kinowym formacie obezwladniajacy, zwlaszcza w polaczeniu z muzyka grana na zywo, ale nawet tutaj na jutjubie po prostu piekny.


9/29/2009


to nie jest ta kompozycja i dokladnie ten klimat ktory mialem na mysli zabierajac sie do malowania, ale kiedy przypadkowo nachlapalem swiatlo po prawej stronie, pomyslalem ze nie mam innego wyjscia jak tylko dostosowac do niego cala reszte. nie jestem pewien czy taki oportunizm to dobra droga. moze lepiej by bylo, gdybym konsekwentnie realizowal swoje pierwotne zamierzenia, a nie zadowalal sie przypadkowymi efektami. pewnie tak. problem w tym, ze prawdopodobnie nigdy nie przyszedlby moment w ktorym zadowolony odszedlbym od sztalug z poczuciem zrealizowanego pomyslu. nie jestem drukarka swojej swiadomosci, a nawet jesli jestem, to mam cholernie zle skalibrowana glowice.
cale szczescie.

9/16/2009

9/01/2009


czuje w tym pewna sprzecznosc, i troche sie tego wstydze (dlatego piszac te slowa mam gleboko na glowe nasuniety kaptur i ciemne okulary), ale bedac pejzazysta, raczej rzadko maluje w plenerze. zazwyczaj wyruszajac w dzicz i krzaki zabieram ze soba tylko aparat fotograficzny do notowania pomyslow. nic w tym wlasciwie nadzwyczajnego. wygoda malowania w pracowni jest nieporownywalna z warunkami jakie oferuje w tym celu lesna laka. po co w takim razie fatygowac sie z ta sztaluga, paleta, farbami i calym ambarasem w dziewicze knieje, kiedy mozna malowac opierajac sie na zdjeciu, beztrosko w domu. problem w tym, ze przewaznie to co oko uznaje za dobry pretekst do poszukiwan w malarstwie, aparat zupelnie gubi i splaszcza. wiekszosci zjawisk kolorystycznych po prostu nie da sie uwiecznic na zdjeciu, a nawet jesli sie to uda, pozostaja jeszcze kwestie przestrzeni, proporcji itp. nie wspomnialem jeszcze nic o klimacie, chociaz moze wlasciwie powinienem od tego zaczac swoja argumentacje. malujac w plenerze czuje sie charakter portretowanego pejzazu, cos co w sztucznych warunkach pracownianych mozna sobie tylko wyobrazic. dosyc tych oczywistosci.
nie moge opisac tego bez charakterystyznej sobie fanfariady, ale dzisiaj pierwszy raz (!) w te wakacje, podjalem sie malowania pejzazu z natury. dzieci popakowaly ksiazki, zeszyty, kredki i poszly do szkoly, a ja spakowalem wszystkie przybory malarskie i pojechalem w glusze gor swietokrzyskich. po 2h chodzenia od drzewa do drzewa w poszukiwaniu motywu, ostatecznie namalowalem to co widac powyzej, a co na odleglym planie przedstawia gore barcze.

8/28/2009

byc moze nie wpisuje sie to w medialna misje mojego bloga, ale jako ze fenomen rzeczonego wydarzenia jest bezsprzeczny, postanowilem zrobic wyjatek i opisac je tutaj. oto moj radioglowy wojaz dookola kraju uwazam za zakonczony. nadszedl czas podsumowan, refleksji i wspomnien. zaluje, ale niestety swiezo po zakonczeniu koncertu nie moglem spiewac w jednym chorze z 40-to tysiecznym tlumem, jak to bylo cudownie, rozowo i najlepiej na swiecie. nie ma co ukrywac - nie czuje sie jak ryba w wodzie wsrod duzej grupy ludzi, a co dopiero na takich masowych spendach. nic nie poradze ze zalewa mnie gorycz, kiedy na wyczekiwanym przez pol roku koncercie najwazniejszego dla mnie zespolu, nie slysze glosu wokalisty, bo wokol mnie jest 40 tysiecy innych thomow yorke'ow. co gorsze, w paskudnej potrzebie zespolenia sie z masa, zaczynam spiewac i ja, co (uwzgledniajac fakt ze bozia nie dala mi talentu wokalnego) rani moje wlasne uszy. nagle orientuje sie, ze wszystko za co tak cenie radiohead, za klimat, ilustrowanie muzyka stanow i emocji oscylujacych raczej wokol samotnosci i skupieni nad jakims wewnetrzym "ja", ulatuje na rzecz rozrywki skakania w rytm migoczacych swiatelek. nie czuje zeby ludzie zebrani ciasno dookola przyjechali tu w tym samym celu co ja. moze tu blad nabycia biletu w 2gim sektorze, podczas kiedy prawdziwe przezywanie muzyki ma miejsce tylka pod sama scena. nie chce rozkoszujac sie dreszczem wywolanym pierwszymi dzwiekami idioteque widziec jak 4 osoby obok mnie wyjmuja aparaty i robia sobie szeroko usmiechniete zdjecia pt: "wrzuce potem na fejsbuka pokazac swiatu jak umiem sie bawic na radiohead". z drugiej strony, nie chce tez produkujac wlasnie lze wzruszenia spiewanymi przez thoma slowami i'll hit the bottom, hit the bottom and escape, ogladac sie na boki i widzec ze wszyscy w kolo sa od takiej samej lzy juz cali mokrzy.
na tym wlasnie polegaja koncerty, powie kazdy zdrowo myslacy czlowiek. zgadzam sie. dlatego wlasnie zazwyczaj ich unikam.
teraz w kazdym razie, kiedy coraz bardzej wszystkie te bolaczki wydaja mi sie byc zalosnymi roszczeniami zblazowanego malkontenta, zamykam oczy i widze niesamowita scenografie swietlna. slucham piosenek, i uderza mnie swiadomosc tego, ze dopiero kilkadzesiat godzin temu slyszalem je wykonywane na zywo. przez TYCH wlasnie ludzi. tak naprawde, z koncertu zapamietalem kilka uniesien dla ktorych warto bylo tluc sie pociagiem przez caly kraj, stac kilka godzin w tloku bez kropli wody. nawet zawod kiedy po zakonczeniu wystepu wiedzilem juz ze nie uslysze exit music, ani how to disappear completely, nie byl w stanie zatrzec tych wspomnien zachwytu.

8/22/2009


gdzie jest ta konsekwencja? teraz, kiedy juz wydawalo mi sie ze wiem w jakim kierunku chce prowadzic swoje malarstwo, i ze bedzie to wlasnie kierunek syntezy formy, nachodzi mnie ochota namalowania czegos realistycznego. gorzej, na ochocie sie nie konczy. no ale dobrze, powiedzmy ze trzeba najpierw poznac swojego wroga zanim sie go zwalczy. w mysl tej zasady pozwolilem sobie na kilka krokow (plamek) za daleko w kierunku odzwierciedlania widzialnej rzeczywistosci. tak przynajmniej mi sie wydaje i nie jestem bynajmniej z tego powodu jakos specjalnie dumny. ot, wakacyjna fanaberia. kolejna. obiecuje sobie juz niedlugo przejsc do rzeczy, ale poki co (!)
radiohead...

8/20/2009

8/19/2009

bez zbednych pompatycznych slow inauguracyjnych pisze pierwszy post na swoim blogu, ktory osobiscie wole okreslac notatnikiem czy szkicownikiem. chcialbym umieszczac tutaj wszystkie poczynania plastyczne. moze dzieki temu poczuje jakas ciaglosc i jednolitosci swojej szeroko i troche gornolotnie pojetej "tworczosci". chcialbym rowniez posciwiecic tu nieco uwagi temu, co robia w tym zakresie inni, co wg mnie po prostu na uwage zasluguje.
nic w calej idei przyswiecajacej temu blogowi oryginalnego, wiec chyba nie ma sensu rozpisywac sie szczegolnie o jego przyszlosci. mam w kazdym razie nadzieje, ze jakas przyszlosci go czeka, i nie zabraknie mi ochoty, aby tu zagladac.